Po powrocie do domu Malfoya, zamknęli się w jego pokoju chcąc spokojnie porozmawiać o tym co się dzieje i co będzie się działo w szkole. Żaden z nich nie mówił tego na głos, ale wiedzieli, że nie będzie im lekko. Możliwe, że ten rok będzie najcięższym ze wszystkich spędzonych w Hogwarcie.
Draco analizował w głowie po raz setny wydarzenia sprzed dwóch dni, aż w końcu głos Teodora wyrwał go z zamyślenia.
-Jak się czuje twoja matka? -arystokrata ściągnął brwi. Co Notta obchodziła jego matka?
-W porządku. Czemu o to pytasz? -wygiął się do tyłu tak, aby widzieć przyjaciela. Jego łóżko zaskrzypiało nieprzyjemnie. Nott wzruszył ramionami.
-To musiał być dla niej cios. -Draco patrzył na niego przez chwilę a potem położył się wygodniej na łóżku. Wiedział, że ma rację, ale nie chciał o tym myśleć. Sfera uczuć nigdy nie była dla niego bliska. Kochał matkę, ale na swój sposób. Właściwie na sposób jaki kochali wszyscy Malfoyowie. Niewidoczny.
Temat zaczęty przez Teodora wywołał nieprzyjemną i krępującą ciszę, którą w końcu przerwał Draco.
-Zapomniałem wam powiedzieć. Na zebraniu było dwóch nowych śmierciożerców, mąż i żona, podobno przyjaciele Lorda.
-I co? -spytał nie bardzo zainteresowany Blaise. Malfoy uśmiechnął się chytrze i spojrzał na niego.
-I to, że przyprowadzili ze sobą córeczkę. Akurat w naszym wieku. -dodał niewinnie. Oczy Diabła zaświeciły się.
-Ładna chociaż? -Draco udawał, że myśli.
-Jeśli lubisz rude. -wzruszył ramionami.
-Weasleyowie przeszli na lepszą stronę mocy? No pięknie. Cały świat schodzi na psy. - Zabini zrobił przerażoną minę. Malfoy i Teodor wybuchli śmiechem. Po chwili dołączył do nich Blaise.
W ciemnym pokoju z jednym tylko oknem panowała cisza, którą nagle rozdarł jęk rozpaczy i bólu. Drobna postać kuliła się w kącie przyciskając ramię do piersi. Włosy miała potargane, twarz zalaną łzami a wargi pokaleczone od wbijających się w nie zębów. Ta postać przeżywała właśnie najgorsze tortury fizyczne i psychiczne.
Jej chude ramiona drżały i spazmatycznie łapała powietrze. W głowie miała chaos, słyszała różne głosy, nie potrafiła ich odróżnić.
Odsunęła ramię od siebie powoli i spojrzała na dłoń. Widziała jak jej palce się trzęsły, schodziła wzrokiem coraz niżej aż w końcu zatrzymała się na przedramieniu. To co tam zobaczyła wywołało kolejną falę bólu. Zakryła usta dłońmi aby nie krzyknąć. Robiła to już któryś raz i zawsze miała nadzieję, że to tylko sen, jej wyobraźnia. Jej ramię zdobił Mroczny Znak.
Jego kontury wciąż były krwawe a cała powierzchnia ręki, na której się znajdował piekła jakby znak wżynał się w ciało. Takiego cierpienia nigdy nie czuła.
On okaleczył jej ciało, a oni jej duszę. Obiecali jej, że nigdy jej do tego nie zmuszą. Nigdy nie zabiorą jej wolności wyboru. Dwa dni temu ją zdradzili, oszpecili, zatruli jej serce. Jednak wciąż nie potrafiła się sprzeciwić. Pragnęła odnaleźć w sobie siłę aby się im postawić ale nie umiała.
Kolejna fala bólu przyszła tak niespodziewanie, że z jej gardła wydarł się przeraźliwy wrzask. Złapała się za głowę i pociągnęła włosy milknąc. Nie chciała, żeby ją słyszeli.Nie chciała dawać im powodu do wątpliwości. Była silna. Przecież ból to nic takiego.
-Ana? -usłyszała szept i natychmiast zakryła usta dłonią. Czekała. -To ja.-odezwał się ponownie Casper. -Mogę wejść? -rudowłosa pokręciła głową w milczeniu czując kolejne łzy na policzkach. Jej brat nie naciskał. -Wiem, że cię boli siostrzyczko. Musisz pozwolić temu płynąć, nie myśl o tym, nie myśl o niczym co jest z tym związane. Oddychaj, słyszysz?-mówił rozpaczliwie i z desperacją. Nie mógł znieść myśli, że jego mała siostrzyczka tak cierpi. A ona nie mogła znieść tego, że i mu to narzucili. Mimo to, że jest dorosły, mimo to, że nie raz im mówił, że tego nie chce. Teraz też go bolało, ale znosił to lepiej niż Ana. Przynajmniej fizycznie. -Oddychaj. -powtórzył cicho i zacisnął powieki zsuwając się po drzwiach jej pokoju na ziemię. Jego ramię płonęło żywym ogniem, w jego żyłach płynęła lawa. Skoro on to tak odczuwał to co czuła jego mała, drobna, delikatna siostra?
Ana zeszła na dół z kufrem i klatką Asgarda. Zostawiła bagaże w holu i skierowała się do jadalni. Przy zastawionym już stole siedzieli jej rodzice.
-Dzień dobry. -przywitała się krótko i zajęła swoje miejsce. Nalała sobie kawy do szklanki i od razu wypiła pół jej zawartości. Nie spała zeszłej nocy, choć jej zmęczenia nie było widać. Nałożyła sobie na talerz tosta z serem i zaczęła go jeść używając tylko prawej ręki. Gdy już kończyła do jadalni wszedł Casper. On również nie odpoczął tej nocy. Lewą rękę przyciskał do ciała uniemożliwiając jej tym samy ruch. Skinął na rodziców i usiadł naprzeciwko Any. Spojrzeli sobie w oczy i upewnili się, że czują się tak samo strasznie. Ana skończyła jeść tosta i dopiła kawę. Casper również niewiele zjadł. Podczas całego śniadania przy stole panowała cisza.
-Ano. Ojciec odprowadzi cię na dworzec. Pociąg zabierze cię do nowej szkoły, a tam Severus się już tobą zajmie. -oznajmiła Alcato chłodnym wyniosłym tonem. Dzieci nie odzywały się do nich od dwóch dni.
-Dobrze. -odpowiedziała dziewczyna obojętnie. Casper dał jej znak głową, więc oboje wstali i opuścili jadalnię. Szli w ciszy dopóki nie dotarli do schodów. Usiedli na nich i wtedy Casper pozwolił emocjom wyjść na wierzch.
-Nie daj się im. -rozkazał. -Jesteś silna, inteligentna i sprytna. Wszystkich ich tam rozniesiesz. W końcu jesteś moją siostrą. -uśmiechnął się krzywo. Naprawdę wierzył we wszystko co mówił. Obawiał się tylko tego, że nie będzie mógł być przy niej kiedy będzie go potrzebowała.
-Wszyscy tam już gdzieś pasują. Nie powiesz mi, że zostanę tam dobrze przyjęta. -Ana również próbowała się uśmiechnąć. Casper zamknął jej prawą dłoń w swojej i ścisnął.
-Czas ruszać. -usłyszeli nagle głos Marcusa. Nie mieli pojęcia, że słuchał ich wymiany zdań.
-Boję się. -szepnęła Ana do brata łamiącym się głosem. Przysięgam, nie ma nic gorszego niż dźwięk łamiącego się głosu osoby, która jest bliska łez. Casper przyciągnął ją do siebie i nie zważając na ból lewego ramienia mocno przytulił. Ana objęła go z całej siły wiedząc, że minie długi czas zanim znów go zobaczy.
-Idę z wami. -oznajmił Casper kiedy Marcus odchrząknął znacząco.
-To zbyt niebezpieczne synu.
-Skoro to takie niebezpieczne, to dlaczego ją wysyłasz?-warknął starszy z rodzeństwa. Ojciec mu nie odpowiedział. Czuł, że dzieci nie ufają mu już tak samo jak przed spotkaniem z Czarnym Panem. -Równie dobrze ja mogę ją odwieźć.
-Nie. Lepiej zostań tu, nie chcę żeby coś ci się stało. -Ana podniosła się ze schodów i poprawiła na sobie sweter. Jeszcze raz spojrzała na brata. -Będę tęsknić. -oboje wykonali ten sam gest. Przyłożyli dwa palce do ust a później do serca.
Nadszedł czas żeby pożegnać dotychczasowe życie i rozpocząć nowe od początku. Z Lordem Voldemortem za plecami.
Marcus Selwyn odprowadził córkę aż na peron 9 i 3/4. Zatrzymał się przy wejściu do wagonu, gdzie prawie nie było ludzi.
-Uważaj na siebie Ano. -zamknął ją w ojcowskim uścisku ale na krótko. Zaraz odsunął się i spojrzał jej w oczy. -Musisz wiedzieć kto jest wrogiem, a kto przyjacielem. Nie obdarzaj nikogo zaufaniem zbyt szybko. Myśl, słyszysz? Myśl i zadziw ich wszystkich. -oczy Marcusa wyrażały troskę. Gdyby mógł, nie wysyłałby jej tam. Ale otrzymał zadanie. I jego mała córeczka odgrywa w nim dużą rolę.
Dziewczyna szybko znalazła przedział, w którym nikt nie siedział. Umieściła kufer na półce, a klatkę Asgarda postawiła na siedzeniu obok siebie. Otworzyła wieko i kot od razu wychylił głowę. Ana podrapała go za uchem, na co zwierzę zamruczało. Asgard patrzył na nią poważnie. Zawsze tak wyglądał. Jego jaśniutko błękitne oczy były duże i skupione. Mądre.
Podróż minęła Anie bez żadnych problemów i zakłóceń. Nikt nie próbował wchodzić do jej przedziału. Ona zaś całą drogę myślała o tym co ma się wydarzyć dzisiejszego wieczoru. Zostanie przydzielona do grupy ludzi, którzy będą jej nienawidzić od chwili gdy tylko usiądzie przy ich stole. Będzie zmuszona poruszać się po szkole, o której nie ma zielonego pojęcia i jak na brodę Merlina ma się tam poczuć dobrze?
Wszystkie te myśli były niczym w porównaniu z uczuciem jakiego doświadczyła gdy pociąg się zatrzymał...
Draco odesłał Ślizgonów na korytarz ze swoim bagażem. Coś mu nie grało i musiał to sprawdzić. Zaciągnął roletę na drzwiach przedziału i na oknie i bardzo powoli przeszedł na środek pomieszczenia.
-Petrificus Totalus! -skierował różdżkę na półki bagażowe. Usłyszał łoskot ale nic nie zobaczył. Domyślił się, że chodzi o pelerynę niewidkę. Kucnął i złapał delikatny, miły w dotyku materiał. Pociągnął za jego róg i zobaczył twarz nikogo innego jak Pottera. Uśmiechnął się chłodno.
-Co Potter, znudziło ci się przesiadywanie z przygłupim i mądralińską? Wolałbyś siedzieć z nami? -arystokrata pokiwał głową udając, że mu współczuje. Nie trwało to jednak długo. Odkąd drzwi od przedziału nie chciały się zamknąć a walizki się przesunęły, wiedział, że ktoś chce podsłuchać o czym on, Diabeł i Nott będą rozmawiać. A gdy teraz jego podejrzenia co do Pottera się potwierdziły, był jeszcze bardziej zły.
-Myślisz, że co mogłeś usłyszeć Potter? -Draco wstał i patrzył z góry na sparaliżowane ciało znienawidzonego Gryfona, który tylko wodził za nim wzrokiem. Miał ochotę dorobić mu kilka blizn na tej sławnej twarzy. Nie wytrzymał i kopnął go w nos z taką siłą, że wydawało mu się że słyszy chrupnięcie. Krew zalała twarz Chłopca Który Przeżył. Widząc to sam Smok czuł ból w nosie. Ale nie mam mowy żeby mu współczuł. -Odechce ci się podsłuchiwania Ślizgonów, bliznowaty. -syknął mu do ucha. Podniósł się, zarzucił na chłopaka niewidkę i odsunął zasłony. -Miłego powrotu do Londynu. -rzucił szyderczo i wyszedł. Wyskoczył z wagonu i dołączył do reszty Ślizgonów czekających na powóz.
Draco analizował w głowie po raz setny wydarzenia sprzed dwóch dni, aż w końcu głos Teodora wyrwał go z zamyślenia.
-Jak się czuje twoja matka? -arystokrata ściągnął brwi. Co Notta obchodziła jego matka?
-W porządku. Czemu o to pytasz? -wygiął się do tyłu tak, aby widzieć przyjaciela. Jego łóżko zaskrzypiało nieprzyjemnie. Nott wzruszył ramionami.
-To musiał być dla niej cios. -Draco patrzył na niego przez chwilę a potem położył się wygodniej na łóżku. Wiedział, że ma rację, ale nie chciał o tym myśleć. Sfera uczuć nigdy nie była dla niego bliska. Kochał matkę, ale na swój sposób. Właściwie na sposób jaki kochali wszyscy Malfoyowie. Niewidoczny.
Temat zaczęty przez Teodora wywołał nieprzyjemną i krępującą ciszę, którą w końcu przerwał Draco.
-Zapomniałem wam powiedzieć. Na zebraniu było dwóch nowych śmierciożerców, mąż i żona, podobno przyjaciele Lorda.
-I co? -spytał nie bardzo zainteresowany Blaise. Malfoy uśmiechnął się chytrze i spojrzał na niego.
-I to, że przyprowadzili ze sobą córeczkę. Akurat w naszym wieku. -dodał niewinnie. Oczy Diabła zaświeciły się.
-Ładna chociaż? -Draco udawał, że myśli.
-Jeśli lubisz rude. -wzruszył ramionami.
-Weasleyowie przeszli na lepszą stronę mocy? No pięknie. Cały świat schodzi na psy. - Zabini zrobił przerażoną minę. Malfoy i Teodor wybuchli śmiechem. Po chwili dołączył do nich Blaise.
W ciemnym pokoju z jednym tylko oknem panowała cisza, którą nagle rozdarł jęk rozpaczy i bólu. Drobna postać kuliła się w kącie przyciskając ramię do piersi. Włosy miała potargane, twarz zalaną łzami a wargi pokaleczone od wbijających się w nie zębów. Ta postać przeżywała właśnie najgorsze tortury fizyczne i psychiczne.
Jej chude ramiona drżały i spazmatycznie łapała powietrze. W głowie miała chaos, słyszała różne głosy, nie potrafiła ich odróżnić.
Odsunęła ramię od siebie powoli i spojrzała na dłoń. Widziała jak jej palce się trzęsły, schodziła wzrokiem coraz niżej aż w końcu zatrzymała się na przedramieniu. To co tam zobaczyła wywołało kolejną falę bólu. Zakryła usta dłońmi aby nie krzyknąć. Robiła to już któryś raz i zawsze miała nadzieję, że to tylko sen, jej wyobraźnia. Jej ramię zdobił Mroczny Znak.
Jego kontury wciąż były krwawe a cała powierzchnia ręki, na której się znajdował piekła jakby znak wżynał się w ciało. Takiego cierpienia nigdy nie czuła.
On okaleczył jej ciało, a oni jej duszę. Obiecali jej, że nigdy jej do tego nie zmuszą. Nigdy nie zabiorą jej wolności wyboru. Dwa dni temu ją zdradzili, oszpecili, zatruli jej serce. Jednak wciąż nie potrafiła się sprzeciwić. Pragnęła odnaleźć w sobie siłę aby się im postawić ale nie umiała.
Kolejna fala bólu przyszła tak niespodziewanie, że z jej gardła wydarł się przeraźliwy wrzask. Złapała się za głowę i pociągnęła włosy milknąc. Nie chciała, żeby ją słyszeli.Nie chciała dawać im powodu do wątpliwości. Była silna. Przecież ból to nic takiego.
-Ana? -usłyszała szept i natychmiast zakryła usta dłonią. Czekała. -To ja.-odezwał się ponownie Casper. -Mogę wejść? -rudowłosa pokręciła głową w milczeniu czując kolejne łzy na policzkach. Jej brat nie naciskał. -Wiem, że cię boli siostrzyczko. Musisz pozwolić temu płynąć, nie myśl o tym, nie myśl o niczym co jest z tym związane. Oddychaj, słyszysz?-mówił rozpaczliwie i z desperacją. Nie mógł znieść myśli, że jego mała siostrzyczka tak cierpi. A ona nie mogła znieść tego, że i mu to narzucili. Mimo to, że jest dorosły, mimo to, że nie raz im mówił, że tego nie chce. Teraz też go bolało, ale znosił to lepiej niż Ana. Przynajmniej fizycznie. -Oddychaj. -powtórzył cicho i zacisnął powieki zsuwając się po drzwiach jej pokoju na ziemię. Jego ramię płonęło żywym ogniem, w jego żyłach płynęła lawa. Skoro on to tak odczuwał to co czuła jego mała, drobna, delikatna siostra?
Ana zeszła na dół z kufrem i klatką Asgarda. Zostawiła bagaże w holu i skierowała się do jadalni. Przy zastawionym już stole siedzieli jej rodzice.
-Dzień dobry. -przywitała się krótko i zajęła swoje miejsce. Nalała sobie kawy do szklanki i od razu wypiła pół jej zawartości. Nie spała zeszłej nocy, choć jej zmęczenia nie było widać. Nałożyła sobie na talerz tosta z serem i zaczęła go jeść używając tylko prawej ręki. Gdy już kończyła do jadalni wszedł Casper. On również nie odpoczął tej nocy. Lewą rękę przyciskał do ciała uniemożliwiając jej tym samy ruch. Skinął na rodziców i usiadł naprzeciwko Any. Spojrzeli sobie w oczy i upewnili się, że czują się tak samo strasznie. Ana skończyła jeść tosta i dopiła kawę. Casper również niewiele zjadł. Podczas całego śniadania przy stole panowała cisza.
-Ano. Ojciec odprowadzi cię na dworzec. Pociąg zabierze cię do nowej szkoły, a tam Severus się już tobą zajmie. -oznajmiła Alcato chłodnym wyniosłym tonem. Dzieci nie odzywały się do nich od dwóch dni.
-Dobrze. -odpowiedziała dziewczyna obojętnie. Casper dał jej znak głową, więc oboje wstali i opuścili jadalnię. Szli w ciszy dopóki nie dotarli do schodów. Usiedli na nich i wtedy Casper pozwolił emocjom wyjść na wierzch.
-Nie daj się im. -rozkazał. -Jesteś silna, inteligentna i sprytna. Wszystkich ich tam rozniesiesz. W końcu jesteś moją siostrą. -uśmiechnął się krzywo. Naprawdę wierzył we wszystko co mówił. Obawiał się tylko tego, że nie będzie mógł być przy niej kiedy będzie go potrzebowała.
-Wszyscy tam już gdzieś pasują. Nie powiesz mi, że zostanę tam dobrze przyjęta. -Ana również próbowała się uśmiechnąć. Casper zamknął jej prawą dłoń w swojej i ścisnął.
-Czas ruszać. -usłyszeli nagle głos Marcusa. Nie mieli pojęcia, że słuchał ich wymiany zdań.
-Boję się. -szepnęła Ana do brata łamiącym się głosem. Przysięgam, nie ma nic gorszego niż dźwięk łamiącego się głosu osoby, która jest bliska łez. Casper przyciągnął ją do siebie i nie zważając na ból lewego ramienia mocno przytulił. Ana objęła go z całej siły wiedząc, że minie długi czas zanim znów go zobaczy.
-Idę z wami. -oznajmił Casper kiedy Marcus odchrząknął znacząco.
-To zbyt niebezpieczne synu.
-Skoro to takie niebezpieczne, to dlaczego ją wysyłasz?-warknął starszy z rodzeństwa. Ojciec mu nie odpowiedział. Czuł, że dzieci nie ufają mu już tak samo jak przed spotkaniem z Czarnym Panem. -Równie dobrze ja mogę ją odwieźć.
-Nie. Lepiej zostań tu, nie chcę żeby coś ci się stało. -Ana podniosła się ze schodów i poprawiła na sobie sweter. Jeszcze raz spojrzała na brata. -Będę tęsknić. -oboje wykonali ten sam gest. Przyłożyli dwa palce do ust a później do serca.
Nadszedł czas żeby pożegnać dotychczasowe życie i rozpocząć nowe od początku. Z Lordem Voldemortem za plecami.
Marcus Selwyn odprowadził córkę aż na peron 9 i 3/4. Zatrzymał się przy wejściu do wagonu, gdzie prawie nie było ludzi.
-Uważaj na siebie Ano. -zamknął ją w ojcowskim uścisku ale na krótko. Zaraz odsunął się i spojrzał jej w oczy. -Musisz wiedzieć kto jest wrogiem, a kto przyjacielem. Nie obdarzaj nikogo zaufaniem zbyt szybko. Myśl, słyszysz? Myśl i zadziw ich wszystkich. -oczy Marcusa wyrażały troskę. Gdyby mógł, nie wysyłałby jej tam. Ale otrzymał zadanie. I jego mała córeczka odgrywa w nim dużą rolę.
Dziewczyna szybko znalazła przedział, w którym nikt nie siedział. Umieściła kufer na półce, a klatkę Asgarda postawiła na siedzeniu obok siebie. Otworzyła wieko i kot od razu wychylił głowę. Ana podrapała go za uchem, na co zwierzę zamruczało. Asgard patrzył na nią poważnie. Zawsze tak wyglądał. Jego jaśniutko błękitne oczy były duże i skupione. Mądre.
Podróż minęła Anie bez żadnych problemów i zakłóceń. Nikt nie próbował wchodzić do jej przedziału. Ona zaś całą drogę myślała o tym co ma się wydarzyć dzisiejszego wieczoru. Zostanie przydzielona do grupy ludzi, którzy będą jej nienawidzić od chwili gdy tylko usiądzie przy ich stole. Będzie zmuszona poruszać się po szkole, o której nie ma zielonego pojęcia i jak na brodę Merlina ma się tam poczuć dobrze?
Wszystkie te myśli były niczym w porównaniu z uczuciem jakiego doświadczyła gdy pociąg się zatrzymał...
Draco odesłał Ślizgonów na korytarz ze swoim bagażem. Coś mu nie grało i musiał to sprawdzić. Zaciągnął roletę na drzwiach przedziału i na oknie i bardzo powoli przeszedł na środek pomieszczenia.
-Petrificus Totalus! -skierował różdżkę na półki bagażowe. Usłyszał łoskot ale nic nie zobaczył. Domyślił się, że chodzi o pelerynę niewidkę. Kucnął i złapał delikatny, miły w dotyku materiał. Pociągnął za jego róg i zobaczył twarz nikogo innego jak Pottera. Uśmiechnął się chłodno.
-Co Potter, znudziło ci się przesiadywanie z przygłupim i mądralińską? Wolałbyś siedzieć z nami? -arystokrata pokiwał głową udając, że mu współczuje. Nie trwało to jednak długo. Odkąd drzwi od przedziału nie chciały się zamknąć a walizki się przesunęły, wiedział, że ktoś chce podsłuchać o czym on, Diabeł i Nott będą rozmawiać. A gdy teraz jego podejrzenia co do Pottera się potwierdziły, był jeszcze bardziej zły.
-Myślisz, że co mogłeś usłyszeć Potter? -Draco wstał i patrzył z góry na sparaliżowane ciało znienawidzonego Gryfona, który tylko wodził za nim wzrokiem. Miał ochotę dorobić mu kilka blizn na tej sławnej twarzy. Nie wytrzymał i kopnął go w nos z taką siłą, że wydawało mu się że słyszy chrupnięcie. Krew zalała twarz Chłopca Który Przeżył. Widząc to sam Smok czuł ból w nosie. Ale nie mam mowy żeby mu współczuł. -Odechce ci się podsłuchiwania Ślizgonów, bliznowaty. -syknął mu do ucha. Podniósł się, zarzucił na chłopaka niewidkę i odsunął zasłony. -Miłego powrotu do Londynu. -rzucił szyderczo i wyszedł. Wyskoczył z wagonu i dołączył do reszty Ślizgonów czekających na powóz.
~~~~~~~~~~~~~~
w następnym rozdziale zawitamy już do Hogwartu:)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz